nie pozostał nieprzeszukany. Ludzie Baxtera, pewni siebie

- A o czym marzyłeś?
cygaro.
- Patrz, to ON – szepnął do kolegi, ciągnąc go za rękaw i pokazując swojego
Pozwolił umysłowi odpocząć, patrząc na fale. Znów pomyślał o Becky i jej gniewnych
Niestety, nigdy nie była w Londynie i nie umiała odnaleźć St. James Square, gdzie -
- Rozsądny powód. Zaśmiał się i objął ją tak mocno, by nie mogła mu się w żaden
złoceniami, zaprzężonym w sześć siwych koni. Alec siedział na miejscu stangreta, a Drax,
powiesz, co cię trapi? Może mogłabym ci w czymś pomóc?
Książę kiwnął głową i spojrzał na Emmetta.
- Abby, może rzuciłabyś na nie okiem? Co ty na to? Bo, widzisz, książę poprosił ojca
- Kogóż to obchodzi?
wreszcie grać niemądrą komedię i zyska niepowtarzalną sposobność zdobycia względów
Przystojny. Naprawdę przystojny.
- Wiele mi to wyjaśniło. Dziękuję panu, hrabio. Czy dlatego jest pan wobec niego taki

nie zabiłby jej. - Dlaczego? - spytał Dodds. - Bo... bo... on ją chyba kochał. - To wyznanie rozdarło jej serce. - Chciał się z nią ożenić. - Głos jej się rwał, a z jej ust wychodziły strzępy słów. - To było chyba jego dziecko. - Nie! - Rex zerwał się na równe nogi. - Nie uwierzę w to.. - A niech mnie! - Szeryf gapił się na Cassidy, drapiąc się w brodę. - Dlaczego nie powiedziałaś tego wcześniej? - Bo nikt mnie nie pytał, a poza tym... to tylko moje przypuszczenia. - Jeżeli twoje przypuszczenia są prawdziwe, Brig powinien wrócić, poddać się przesłuchaniom i opowiedzieć nam dokładnie, co się stało. Inaczej będziemy musieli uwierzyć Williemu i dowodom, które potwierdzają jego słowa. - Brig McKenzie nie jest ojcem dziecka! - Rex potrząsnął głową, jakby przeczenie prawdzie mogło ją zmienić. - Tato... - Ona w ogóle nie zwracała na niego uwagi. - Boże, czy to ma teraz jakieś znaczenie? Angie nie żyje. Cassidy miała wrażenie, że ściany pokoju ją osaczają. Wybiegła z gabinetu najszybciej, jak mogła. Minęła setki płonących świec i weszła po schodach do pokoju Angie. Drzwi były zamknięte, ale otworzyła je siłą. Prawie odskoczyła, gdy poczuła zapach perfum - zapach Angie, który unosił się za progiem. Mała Angie z wielkiego portretu spoglądała na nią i na lalki - Barbie i Kenów. Pozostałe rzeczy siostry stały posegregowane w pudłach. Cassidy poczuła rozdzierający ból. Szybko zamknęła drzwi. Oparła się o ścianę przy schodach. Walczyła ze łzami. Ugięły się pod nią kolana. Gdzie on jest, zastanawiała się, osuwając się na podłogę. Gdzie? Zobaczyła szeryfa Doddsa, jak mrużąc oczy sięgał do tylnej kieszeni spodni po paczkę tytoniu. Patrzył ponad katafalkiem na miejsce, gdzie upadła Cassidy. Dziewczyna ukryła twarz w dłoniach. Cassidy spojrzała na kalendarz. Od pożaru minął prawie tydzień, a w domu nadal panował żałobny nastrój. Postanowiła uciec ze swojego pokoju. Zatrzymała się na schodach, bo dwie przyjaciółki jej matki: Geraldine Caldwell i Ada Alonzo czekały w korytarzu, przekonane, że są same. - Śmierć Angie zabije Reksa - powiedziała Geraldine szeptem. Kobiety trzymały w rękach pudła. Wyglądało na to, że wpadły przynieść potrawy domowej roboty i gotowaną szynkę, tak wielką, że można by nią nakarmić wszystkich głodujących Trzeciego Świata. A w domu nikt nie miał apetytu. - Kochał tę dziewczynę do szaleństwa. - Przecież wiem. - Ada, matka Bobby’ego, przeżegnała się szybko i skłoniła głowę. Cassidy z góry dostrzegła na jej głowie siwe włosy, które na próżno starała się ukryć pod farbą. Czy ci wszyscy dobroczyńcy nie mogliby im dać wreszcie spokoju i przestać krążyć jak sępy? Przychodzili z cierpiącym wyrazem twarzy o każdej porze dnia i nocy, składali kondolencje i udzielali rad. Klepali Cassidy po plecach, jeśli była w pobliżu. Uważała ich wszystkich za obłudników. Zjawiła się nawet Earlene Spears, żona pastora. Chociaż Rex Buchanan był przez całe życie gorliwym katolikiem, Earlene poczuła się w obowiązku złożyć kondolencje jako przedstawicielka kościoła swojego męża. Wstąpiła do nich wczoraj, sztywna jakby połknęła kij od szczotki. Zacisnęła usta, gdy zobaczyła płonące świeczki w korytarzu. - Wstyd... taki wstyd - stwierdziła z politowaniem. Kościstymi palcami dotykała krzyżyka, który miała na szyi. - Taka miła dziewczyna. Mam tylko nadzieję, że znajdą tego McKenziego. Zawsze z nim były problemy. Od dziecka. Wiem, bo przecież zajmowałam się jego starszym bratem, kiedy on się urodził... Och, ale przecież nie po to tu przyszłam. Chciałam złożyć najszczersze kondolencje w imieniu swoim, pastora i całej kongregacji... Cassidy nie mogła oddychać, gdy ta kobieta była w domu. A teraz w korytarzu szeptały Ada i Geraldine. Odsunęła się od balustrady i schowała się w pokoju, który od czasu pożaru stał się jej schronieniem. Odwiedziło ją kilka przyjaciółek, ale powiedziawszy tylko, że przykro im z powodu Angie, szybko się ulotniły, bo przekonały się, że Cassidy jest jeszcze w szoku i nie ma ochoty na towarzystwo. - Dena - odezwały się jednocześnie kobiety, gdy zobaczyły, że matka Cassidy wychodzi z pokoju. Pewnie Mary otworzyła im drzwi. Ostatnio pełniła w domu obowiązki lokaja, kucharza i gospodyni. - Byłyśmy chore ze zmartwienia. - Głos Ady. Szczery. Nosowy. - Tak. Czy mogę jakoś... czy możemy jakoś pomóc? Sędzia wychodzi z siebie. Przysięga, że ten, kto to zrobił, dostanie za swoje, jeżeli tylko go przed nim postawią. Możesz mi wierzyć. - Mam nadzieję, że zgnije w piekle - powiedziała Dena. Cassidy poczuła mdłości. - To diabelskie nasienie. Zawsze był zły. A Angie... niech spoczywa w pokoju. - Felicity jest ledwie żywa - oznajmiła Geraldine. - Były tak blisko z Angie... Straciła najbliższą przyjaciółkę. - Westchnęła. - Oprócz własnego żalu, ma jeszcze na głowie Derricka. - Biedny chłopak. - To znowu Ada. - Nie można z nim wytrzymać - stwierdziła Dena, bez obaw krytykując swojego pasierba. - Chce, żebyśmy zatrudnili prywatnego detektywa. Chce dopaść McKenziego i powiesić go jak psa. Ta rodzina się rozpada. - A jak to znosi Cassidy? - spytała Ada.

Gdyby tylko Becky mogła to zobaczyć!
jeszcze gorsze. Gorsze nawet niż utrata matki i ślepego oddania przyjaciółki. Przedtem nie
wyrzutkiem. Być może życie, jakie wiodłem w towarzystwie, było niewiele warte, ale było

- Owszem. Mówiono, że pański dziadek nigdy jej nie wybaczył, nawet po śmierci

Kropa.
moja wina... Nie. To była wyłącznie moja wina. Nie starałam się już
wielokrotnego wjazdu do Meksyku *. Taka była standardowa

wszystkim, co dla niego zrobiła! Ocaliła jego nędzne życie, a w zamian dostały się jej groźby

- Co się dzieje? - zapytała pani Edge, stając obok Milli
uwierzyła w jego szczerość.
- Opowiedz mi o tym cynku na mnie - powiedział wreszcie. - O